Rozdział 10

Wyprawa króla Alfreda

Zachwycony sobą król Fred wymaszerował z sali tronowej. Już nikt nigdy nie powie, że jest samolubny, próżny i okrutny! Przez wzgląd na tego cuchnącego starego prostaka i jego równie starego parszywego kundla, on, król Alfred Arcydzielny, zapoluje na ikaboga! Naturalnie, żadnego ikaboga nie było, niemniej król mógł się zaprezentować od najszlachetniejszej strony, osobiście jadąc na drugi koniec kraju, by tego dowieść! 

Kompletnie zapomniawszy o lunchu, Fred pognał do swojej sypialni na piętrze i wrzaskiem przywołał pokojowca, by ten pomógł mu zdjąć okropny czarny komplet i włożyć mundur bojowy, w którym Fred dotąd nie miał okazji paradować. Szkarłatną bluzę zdobiły złote guziki, fioletowa szarfa i mnóstwo medali, w których Fred mógł paradować do woli, bo był królem. Kiedy popatrzył na swoje odbicie w zwierciadle i zobaczył, jak bardzo mu do twarzy w bojowym przyodziewku, zaczął się zastanawiać, dlaczego nie ubiera się tak na co dzień. Pokojowiec nałożył na złociste loki króla hełm z piórami, a Fred wyobraził sobie portret, na którym w tymże hełmie szarżuje na ulubionym śnieżnobiałym rumaku i przebija kopią podobne do węża monstrum. Król Alfred Arcydzielny w całej swojej krasie! W tym momencie niemal zapragnął, by ikabog naprawdę istniał. 

Tymczasem nadworny doradca informował już całe Miasto w Mieście, że król wyrusza w podróż po kraju i że wszyscy powinni w stosownej chwili wylec przed domy, aby pożegnać władcę wiwatami. Śledziościsty nie wspomniał o ikabogu, gdyż nie chciał, żeby Fred wyszedł na głupca. 

Niestety, lokaj o nazwisku Wrzodak podsłuchał, jak królewscy doradcy mamroczą między sobą o dziwnym planie najjaśniejszego pana. Wrzodak nie zwlekając, powtórzył to pokojówce, ona zaś z kolei opowiedziała o wszystkim w kuchni, gdzie sprzedawca kiełbas z Baleronburga plotkował z kucharką. Krótko mówiąc, kiedy królewski orszak był gotów do drogi, całe Miasto w Mieście wiedziało już, że najjaśniejszy pan wyrusza na północ, aby upolować ikaboga, a wieść ta powoli roznosiła się po stolicy. 

– To jakiś żart? – szeptali mieszkańcy Eklerony, wylegając na ulice, żeby wznosić okrzyki na cześć króla. – Co to oznacza? 

Niektórzy wzruszali ramionami i mówili ze śmiechem, że król jedynie dobrze się bawi. Inni kręcili głowami i mamrotali, że sprawa ma drugie dno. Żaden król nie wyruszałby ze zbrojnymi na północ bez wyraźnego powodu. Co wie król, czego my nie wiemy? – pytali zaniepokojeni poddani. 

Lady Eslanda dołączyła do innych dam dworu na balkonie, by wraz z nimi popatrzeć na gromadzących się żołnierzy. 

A teraz zdradzę wam sekret, o którym zupełnie nikt nie wiedział. Lady Eslanda nigdy nie wyszłaby za króla, nawet gdyby poprosił ją o rękę. Tak się składało, że podkochiwała się w pewnym żołnierzu, kapitanie Nazgodzie, który właśnie stał na dziedzińcu i gawędził radośnie ze swoim dobrym przyjacielem majorem Podpromykiem. Wyjątkowo nieśmiała lady Eslanda nigdy nie zdobyła się na to, by zagadnąć kapitana Nazgodę, nie miał zatem pojęcia, że kocha się w nim najpiękniejsza dama na królewskim dworze. Rodzice Nazgody, serowarzy z Serwaty, już nie żyli, i choć kapitan był inteligentny i odważny, w tamtych czasach nie akceptowano ślubów potomków serowarów ze szlachetnie urodzonymi damami. 

Tymczasem wszystkie dzieci służby wypuszczono wcześniej ze szkoły, by mogły popatrzeć na zbrojny oddział, gdy będzie opuszczał miasto. Pani Podpromyk, szefowa królewskiej cukierni, w pośpiechu odebrała Prota, żeby zobaczył przejeżdżającego ojca.

Bramy pałacowe w końcu się otworzyły i pojawili się jeźdźcy. Prot i pani Podpromyk wiwatowali co sił w płucach. Od dawna nikt nie widział pięknych mundurów, więc wzbudziły powszechny entuzjazm. Słońce połyskiwało na złotych guzikach, srebrnych mieczach i błyszczących trąbkach. Chusteczki zebranych na pałacowym balkonie dam dworu trzepotały na pożegnanie niczym gołębie. 

Pochód otwierał król Fred na śnieżnobiałym rumaku, jedną ręką trzymając szkarłatne wodze, drugą machając do tłumu. Tuż za królem, na chudym, żółtym koniu podążał wyraźnie znudzony Fujpluj, a za nim na słoniowatym kasztanku jechał wściekły, bo pozbawiony lunchu Oklap.

Za królem i lordami kłusowała konnica królewskiej gwardii na jabłkowitych wierzchowcach, i jedynie major Podpromyk dosiadał stalowoszarego ogiera. Serce pani Podpromyk szybciej zabiło, gdy ujrzała, jak znakomicie prezentuje się jej mąż. 

– Powodzenia, tatusiu! – krzyknął Prot, a major Podpromyk pomachał do syna (choć tak naprawdę nie powinien). 

Uczestnicy pochodu zjeżdżali ze wzgórza, z uśmiechem żegnając rozkrzyczanych mieszkańców Miasta w Mieście, aż w końcu dotarli do muru i bramy prowadzącej do pozostałej części Eklerony. Tam, na uboczu, za ludzką ciżbą, stał domek Lelków. Pan Lelek i Lilka wyszli do ogródka, skąd ledwie widzieli pióra na hełmach kłusujących gwardzistów. 

Lilka nie była szczególnie zainteresowana przejazdem wojska. Ona i Prot nadal nie odzywali się do siebie. Prawdę powiedziawszy, Prot spędził poranną przerwę z Roderykiem Raluchem, który często wyśmiewał Lilkę, że nosiła kombinezony zamiast sukienek. 

Wiwaty, rżenie koni i stukot kopyt ani trochę nie poprawiły jej samopoczucia. 

– Tatusiu, ale tak naprawdę nie ma ikaboga? – spytała. 

– Nie, Lilko – westchnął pan Lelek, wracając do warsztatu. – Nie ma żadnego ikaboga, ale skoro król chce w niego wierzyć, wolna wola. Na Błotach nie narobi dużo szkód. 

Jak się wkrótce okaże, nawet rozsądni ludzie nie zawsze w porę dostrzegają, że nadciąga straszliwe niebezpieczeństwo.

Tłumaczenie Małgorzata Hesko-Kołodzińska i Piotr Budkiewicz