Rozdział 20

Medale dla Podpromyka i Pętelki

Następnego ranka, tuż po przebudzeniu, król Alfred wściekł się na wieść, że nadworny doradca przeszedł na emeryturę w tym jakże ważnym momencie w historii Coniemiary. Z ulgą jednak powitał nowinę o przejęciu obowiązków Śledziościstego przez lorda Fujpluja, który w pełni rozumiał, jak wielkie niebezpieczeństwo zagraża królestwu. 

Alfred poczuł się bezpieczniej w otoczonym fosą i wyposażonym w okratowaną bramę pałacu o wysokich murach i najeżonych armatami wieżyczkach. Mimo to nie mógł się otrząsnąć po wyprawie na Błota. Nie opuszczał swoich prywatnych komnat i kazał przynosić sobie posiłki na złotych tacach. Zamiast jeździć na polowania, dreptał po puszystych dywanach, nieustannie odtwarzając w myślach okropną przygodę na północy. Spotykał się jedynie z dwójką najlepszych przyjaciół, którzy skwapliwie podsycali jego lęki. 

Trzeciego dnia po powrocie z Błot Fujpluj z poważną miną wkroczył do prywatnych komnat króla i oznajmił, że żołnierze wysłani na bagna w celu ustalenia losów szeregowca Niktosia Pętelki natrafili wyłącznie na jego zakrwawione buty, jedną końską podkowę oraz kilka starannie ogryzionych kości. 

Alfred pobladł i klapnął na atłasową sofę. 

– To straszne, to straszne… – lamentował. – Szeregowiec Pętelka… Przypomnij mi, który to? 

– Młody, piegowaty… Jedyny syn wdowy – odparł Fujpluj. – Najświeższy rekrut w królewskiej gwardii. Doskonale się zapowiadał. Cóż za strata! Najgorsze, że po zjedzeniu Podpromyka i Pętelki ikabog nabrał ochoty na ludzkie mięso – właśnie tak, jak najjaśniejszy pan przewidział. To wręcz niezwykłe, że wasza wysokość od początku dokładnie zdawał sobie sprawę z niebezpieczeństwa. 

– Ale… ale co robić, Fujpluju? Skoro potwór ma chrapkę na kolejnych ludzi… 

– Ja się tym zajmę, wasza wysokość – zapewnił go kojącym głosem Fujpluj. – Koniec końców jestem nadwornym doradcą. Będę harował dniem i nocą, żeby zapewnić bezpieczeństwo krajowi.  

– Tak się cieszę, że Śledziościsty wybrał cię na swojego następcę – westchnął król. – Cóż ja bym bez ciebie począł? 

– Oj tam, oj tam, wasza wysokość. To prawdziwy zaszczyt służyć tak łaskawemu władcy – odparł Fujpluj. – A teraz powinniśmy omówić sprawę jutrzejszych pogrzebów. Zamierzamy pochować szczątki Pętelki obok majora Podpromyka. Uroczystość będzie miała rangę państwową, z pompą i ceremoniałem, więc chyba będzie miłym akcentem, jeśli najjaśniejszy pan odznaczy nieboszczyków Medalem za Niesłychaną Odwagę w Obliczu Śmiertelnie Groźnego Ikaboga. 

– Och, to taki medal istnieje? – zdumiał się Alfred. 

– Naturalnie, wasza wysokość. Co mi przypomina, że najjaśniejszy pan jeszcze nie otrzymał swojego medalu. 

Fujpluj wyciągnął z wewnętrznej kieszeni przepiękny, zawieszony na szkarłatnej aksamitce złoty medal, dorównujący rozmiarem spodkowi. Na odznaczeniu widniała podobizna monstrum o połyskujących rubinowo ślepiach, z którym walczył przystojny, muskularny mężczyzna w koronie. 

– Mojego medalu? – Król szeroko otworzył oczy. 

– Ależ oczywiście, najjaśniejszy panie! – przytaknął Fujpluj. – Czyż wasza wysokość nie zatopił miecza w paskudnym karku potwora? Wszyscy to pamiętamy! 

Król Alfred bawił się ciężkim złotym medalem. Milczał, podczas gdy w jego duszy toczyła się zażarta walka. 

Uczciwość władcy powiedziała cienkim, wyraźnym głosikiem: Wcale tak nie było. Przecież wiesz. Zobaczyłeś ikaboga we mgle, cisnąłeś miecz i zwiałeś. Nawet nie drasnąłeś potwora. Byłeś za daleko! 

Tchórzostwo Freda zagłuszyło uczciwość: Przecież już się zgodziłeś z Fujplujem, że tak właśnie było. Wyjdziesz na głupka, jeśli się przyznasz, że uciekłeś! 

Najgłośniej jednak przemówiła próżność króla: W końcu to ja poprowadziłem polowanie na ikaboga! To ja pierwszy go ujrzałem! Zasłużyłem na ten medal, a poza tym będzie pięknie pasował do czarnego żałobnego stroju. 

Tak więc król Alfred oznajmił: 

– Masz rację, Fujpluju, właśnie tak było. Naturalnie trudno, żebym się przechwalał. 

– Wasza wysokość słynie ze skromności. – Fujpluj ukłonił się nisko, żeby ukryć pogardliwy uśmieszek. 

Następnego dnia ogłoszono narodowy dzień żałoby po ofiarach ikaboga. Wzdłuż ulic ustawiły się tłumy, by popatrzeć na trumny majora Podpromyka i szeregowca Pętelki, które umieszczono na karawanach ciągniętych przez ozdobione piórami karosze. 

Za nimi, na czarnym jak smoła koniu jechał król Alfred. Medal za Niesłychaną Odwagę w Obliczu Śmiertelnie Groźnego Ikaboga  podskakiwał na jego piersi i połyskiwał światłem tak jaskrawym, że niemal oślepiało gapiów. Za królem szli pani Podpromyk i Prot, również odziani w czerń, a za nimi wydzierająca się wniebogłosy kobieta w płomiennorudej peruce, przedstawiona im jako pani Pętelka, matka Niktosia. 

– O, mój Niktoś! – zawodziła. – Precz ze strasznym ikabogiem, który zabił mojego biednego Niktosia! 

Gdy opuszczano trumny do grobów, królewscy trębacze odegrali hymn państwowy. Trumna Pętelki była wyjątkowo ciężka, gdyż wypełniono ją cegłami. Dziwaczna pani Pętelka wyła i przeklinała ikaboga, a dziesięciu zlanych potem mężczyzn zmagało się z trumną jej syna. Pani Podpromyk i Prot tylko cicho łkali. 

Po chwili król Alfred poprosił krewnych w żałobie, by odebrali medale pośmiertnie przyznane zmarłym. Fujpluj ani myślał wydawać tyle pieniędzy na Podpromyka i nieistniejącego Pętelkę, ile wydał na króla, więc pozostałe medale wybito w srebrze, nie w złocie. Mimo to ceremonia okazała się wzruszająca, zwłaszcza że przejęta pani Pętelka runęła na ziemię i obsypała pocałunkami królewskie obuwie. 

Pani Podpromyk i Prot ruszyli do domu, a ludzie z szacunkiem rozstępowali się przed nimi. Wdowa zatrzymała się tylko raz, gdy jej stary przyjaciel pan Lelek wysunął się z tłumu, żeby ją objąć i powiedzieć, jak bardzo jest mu przykro. Lilka chciała odezwać się do Prota, ale wszyscy się gapili i nie mogła nawet spojrzeć mu w oczy, bo wbił wzrok w swoje buty. Zanim zdążyła cokolwiek zrobić, jej ojciec wypuścił z objęć panią Podpromyk. Lilka patrzyła bezradnie, jak najlepszy przyjaciel i jego mama znikają jej z oczu. 

Gdy wrócili do siebie, pani Podpromyk rzuciła się na łóżko, i tak leżała, nie mogąc przestać szlochać. Prot próbował ją pocieszyć, ale nie był w stanie, więc zabrał medal ojca do swojej sypialni i położył go na półce nad kominkiem. 

Dopiero kiedy zrobił krok do tyłu, żeby mu się przyjrzeć, uświadomił sobie, że obok medalu stoi drewniany ikabog, którego dawno temu wystrugał pan Lelek. Prot dotąd nie łączył śmierci ojca z zabawkowym potworem. 

Teraz jednak zdjął ikaboga z półki, położył na podłodze i roztrzaskał pogrzebaczem w drzazgi. Następnie podniósł szczątki figurki i cisnął je do ognia. Obserwując, jak płomienie skaczą coraz wyżej, poprzysiągł sobie, że pewnego dnia, gdy dorośnie, wytropi ikaboga i zemści się na potworze, który zabił mu ojca.

Tłumaczenie Małgorzata Hesko-Kołodzińska i Piotr Budkiewicz