Rozdział 21

Profesor Szwindelgruber

Następnego ranka Fujpluj ponownie zapukał do królewskich komnat i wszedł, objuczony mnóstwem zwojów, które rzucił na stół przed królem. 

– Fujpluju – odezwał się Alfred, przebrany w szkarłatny strój, żeby jeszcze bardziej się popisywać przypiętym do piersi Medalem za Niesłychaną Odwagę w Obliczu Śmiertelnie Groźnego Ikaboga. – Ciastka są gorsze niż zazwyczaj. 

– Och, przykro mi to słyszeć, wasza wysokość – odparł Fujpluj. – Pomyślałem, że wdowie po Podpromyku należy się kilka dni wolnego. Te wypieki są dziełem jej podkuchennej. 

– Jakieś gumowate – poskarżył się Alfred i rzucił połowę fantazji marzyciela na talerzyk. – A te zwoje to co? 

– To, wasza wysokość, zwoje zawierające sugestie poprawy naszego systemu obrony przed ikabogiem – oświadczył Fujpluj. 

– Doskonale, doskonale. 

Król Alfred przestawił ciastka i imbryk, żeby zrobić miejsce na blacie, a Fujpluj przysunął sobie krzesło. 

– Przede wszystkim, najjaśniejszy panie, musimy dowiedzieć się jak najwięcej o samym ikabogu, żeby lepiej się bronić. 

– Owszem, Fujpluju, ale jak? Potwór to zagadka! Przez wszystkie lata ludzie uważali go za wytwór wyobraźni. 

– Proszę mi wybaczyć, lecz wasza wysokość się myli – powiedział Fujpluj. – Dzięki niestrudzonym poszukiwaniom udało mi się odnaleźć największego ikabogologa w Coniemiarze. Lord Oklap czeka z nim na korytarzu. Za pozwoleniem najjaśniejszego pana… 

– Wprowadź go, wprowadź, no już! – rozentuzjazmował się Alfred. 

Fujpluj wyszedł z pokoju i po chwili wrócił w towarzystwie lorda Oklapa oraz małego staruszka o śnieżnobiałych włosach i w okularach tak grubych, że jego oczy wydawały się mniejsze od łebka szpilki. 

– Najjaśniejszy panie, oto profesor Szwindelgruber – przedstawił go Oklap, a przypominający kreta człowieczek ukłonił się nisko. – Nie ma takiej rzeczy, której nie wiedziałby o ikabogu. 

– Jak to możliwe, że dotąd o panu nie słyszałem, profesorze? – spytał król, który w ogóle nie wyruszyłby na Błota, gdyby wiedział, że ikabog jest aż tak prawdziwy, że dorobił się eksperta na swój temat. 

– Przeszedłem na emeryturę, wasza wysokość. – Profesor Szwindelgruber znów się ukłonił. – Tak niewiele osób wierzy w ikaboga, że zachowuję swoją wiedzę dla siebie. 

Ta odpowiedź usatysfakcjonowała króla Alfreda, ku wielkiej uldze Fujpluja, gdyż profesor Szwindelgruber był równie prawdziwy jak szeregowiec Niktoś Pętelka oraz stara wdowa w marchewkowej peruce, zawodząca na pogrzebie syna. Tak naprawdę pod perukami i okularami pani Pętelki i Szwindelgrubera ukrywała się ta sama osoba: kamerdyner Fujpluja, Otto Szumowina, który zajmował się posiadłością lorda, gdy ten mieszkał w pałacu. Podobnie jak jego pracodawca, Szumowina zrobiłby wszystko dla złota i za sto dukatów zgodził się udawać zarówno wdowę, jak i profesora. 

– Co może mi pan powiedzieć o ikabogu? – spytał król. 

– Zastanówmy się przez chwilę – odparł fałszywy profesor, którego Fujpluj już wcześniej pouczył w tej kwestii. – Jest wysoki na dwa konie… 

– Jeśli nie wyższy – wtrącił Fred, gdyż od powrotu z Błot nawiedzały go koszmary z gigantycznym ikabogiem w roli głównej. 

– Jeśli nie wyższy, jak słusznie najjaśniejszy pan zauważył – zgodził się Szwindelgruber. – Powinienem uściślić, że przeciętny ikabog jest wysoki na dwa konie, a duże okazy mogą osiągnąć wielkość… Niech pomyślę… 

– Dwóch słoni – podsunął król. 

– Dwóch słoni – powtórzył Szwindelgruber. – Mają oczy jak latarnie… 

– Albo kule ognia – zasugerował król. 

– Właśnie miałem użyć identycznego porównania, najjaśniejszy panie! – wykrzyknął Szwindelgruber. 

– Czy ten potwór naprawdę mówi po ludzku? – zainteresował się Fred. 

W jego koszmarach monstrum skradało się ciemnymi ulicami w kierunku pałacu, szepcząc: Król… Chcę króla… Gdzie jesteś, króliku?

– W rzeczy samej. – Szwindelgruber skłonił się raz jeszcze. – Naszym zdaniem nauczył się mówić po ludzku, biorąc ludzi w niewolę. Przed wybebeszeniem i pożarciem ofiary zmusza ją, by dawała mu lekcje języka.

– Zaraza i zgroza! Co za barbarzyństwo… – wyszeptał pobladły król Alfred. 

– Na domiar złego ikabog ma długą pamięć i jest bardzo mściwy – dodał Szwindelgruber. – Gdy ofiara go przechytrzy, tak jak wasza wysokość, który zdołał się oswobodzić z jego śmiertelnego uścisku, czasem wymyka się z bagien i pod osłoną ciemności dopada ofiarę, gdy ta smacznie śpi. 

–  Co robić? Już po mnie! –  wychrypiał Fred, bielszy niż lukier na niedojedzonej fantazji marzyciela. 

– Nonsens, wasza wysokość – oświadczył Fujpluj krzepiąco. – Obmyśliłem cały wachlarz środków ochrony najjaśniejszego pana. 

Z tymi słowami chwycił jeden z przyniesionych zwojów i go rozwinął. Kolorowy rysunek, który zakrył niemal cały blat, przedstawiał monstrum o wyglądzie smoka. Było wielkie i ohydne, miało grube czarne łuski, błyszczące białe oczy, ogon zakończony kolcem jadowym, zębatą paszczę zdolną pomieścić człowieka, oraz długie, ostre jak brzytwa pazury. 

– Aby obronić się przed ikabogiem, musimy uporać się z kilkoma problemami – oświadczył profesor Szwindelgruber, po czym wyjął krótki kijek, którym wskazał kły, pazury i jadowity ogon. – Przede wszystkim z tym, że z trupa zabitego ikaboga wyskakują dwa nowe ikabogi. 

– To chyba niemożliwe? – jęknął Alfred. 

– A i owszem, wasza wysokość – odparł Szwindelgruber. – Przez całe życie badałem tego potwora i zapewniam, że moje ustalenia są zgodne z prawdą. 

– Wasza wysokość zapewne pamięta, że wspominano o tym zastanawiającym fakcie w wielu starych opowieściach o ikabogu – wtrącił Fujpluj, któremu bardzo zależało, aby król uwierzył w tę cechę potwora, gdyż na niej oparł swój plan. 

– Ale… ale to takie… nieprawdopodobne! – wymamrotał Alfred niepewnie. 

– Rzeczywiście, z pozoru wydaje się nieprawdopodobne, czyż nie? – Tym razem to Fujpluj się ukłonił. – Szczerze mówiąc, to jedna z tych niezwykłych, wręcz niewiarygodnych koncepcji, rozumianych jedynie przez najbardziej oświecone jednostki. Zwykli ludzie, wioskowe głupki, najjaśniejszy panie, chichoczą albo ryczą ze śmiechu na samą wzmiankę. 

Alfred przenosił spojrzenie z Fujpluja na Oklapa i na profesora Szwindelgrubera. Wszyscy trzej zdawali się czekać, aż udowodni, jaki jest oświecony, i oczywiście nie chciał wyjść na głupka. 

– No cóż… – powiedział. – Skoro profesor tak twierdzi, to mi wystarczy. Ale jeśli potwór zamienia się w dwa za każdym razem, kiedy ginie, to jak go zabijemy? 

– Pierwszy etap naszego planu nie przewiduje zabicia ikaboga – zadeklarował Fujpluj. 

– Nie przewiduje zabicia? – powtórzył zawiedziony Fred. 

Fujpluj rozwinął drugi zwój, tym razem z mapą Coniemiary. Na północy kraju widniała podobizna olbrzymiego ikaboga, a wszędzie dookoła granic rozległego trzęsawiska narysowano liczne ludziki z mieczykami. Alfred przyjrzał się im z bliska i odetchnął z ulgą, gdyż żaden z nich nie miał korony. 

– Jak najjaśniejszy pan widzi, na początek proponujemy utworzenie specjalnej Brygady Obrony przed Ikabogiem. Żołnierze będą patrolowali obrzeża Błot, żeby ikabog nie zdołał opuścić trzęsawiska. Zakładamy, że koszt brygady, w tym mundurów, uzbrojenia, koni, żołdu, szkolenia, wyżywienia, zakwaterowania, wypłaty za czas choroby, dodatków za służbę w niebezpiecznych warunkach, prezentów urodzinowych i medali wyniesie około dziesięciu tysięcy dukatów w złocie. 

– Dziesięciu tysięcy dukatów? – zdumiał się król Alfred. – To mnóstwo złota. Jednak jeśli chodzi o chronienie mnie… To znaczy, chciałem powiedzieć, jeśli chodzi o chronienie Coniemiary… 

– Dziesięć tysięcy dukatów miesięcznie to naprawdę niska cena – dokończył Fujpluj. 

– Miesięcznie? – wykrzyknął Alfred. 

– Tak, najjaśniejszy panie – potwierdził Fujpluj. – Jeśli naprawdę zależy nam na obronie królestwa, wydatki będą znaczne. Skoro jednak wasza wysokość uważa, że wystarczy nam mniej broni… 

– Nie, nie, tego nie powiedziałem… 

– Nie oczekujemy, rzecz jasna, że wasza wysokość osobiście poniesie te koszty – ciągnął Fujpluj. 

– Nie? –  Alfred poczuł przypływ nadziei. 

– Och, skąd, najjaśniejszy panie, to byłoby rażąco niesprawiedliwe. Koniec końców, cały kraj odniesie korzyść z powstania Brygady Obrony przed Ikabogiem. Proponujemy nałożyć podatek ikabogowy. Każde gospodarstwo domowe w Coniemiarze zapłaci jednego dukata w złocie miesięcznie. To naturalnie wymaga zatrudnienia i przeszkolenia wielu nowych poborców, ale jeśli podniesiemy podatek do dwóch dukatów, uda się nam pokryć również i ten koszt. 

– Doskonała robota, Fujpluju! – ucieszył się król Alfred. – Ty to masz łeb! Dwa dukaty miesięcznie… Ludzie nawet nie zauważą tego wydatku!

Tłumaczenie Małgorzata Hesko-Kołodzińska i Piotr Budkiewicz