Rozdział 28

Mama Burczak

Mama Burczak upewniła się, że drzwi wejściowe są dobrze zabezpieczone i ściągnęła worek z nowej podopiecznej. 

Oszołomiona niespodziewaną jasnością Lilka zamrugała i zobaczyła, że stoi w wąskiej, dość brudnej sieni, przed bardzo brzydką kobietą w czerni, z wielgachną, brązową i włochatą brodawką na samym czubku nosa. 

– Jasiek! – zaskrzeczała starucha, nie spuszczając wzroku z Lilki.

 Strzelając kostkami palców, do sieni przywlókł się chłopak znacznie wyższy i starszy od Lilki, o twarzy wykrzywionej tępym grymasem. 

– Idź na górę, niech Jasie położą dodatkowy materac w swoim pokoju – rozkazała mu Mama Burczak. 

– Każ to zrobić któremuś z bachorów – burknął Jasiek. – Jeszcze nie jadłem śniadania. 

Mama Burczak zamachnęła się ciężką laską ze srebrną rączką, celując prosto w głowę chłopaka. Lilka spodziewała się okropnego łupnięcia metalu o czaszkę, jednak Jasiek zwinnie się uchylił, jakby miał w tym dużą wprawę, i znów strzelił kostkami palców. 

– Dobra, dobra – mruknął ponuro i zniknął na rozchwianych schodach. 

– Jak masz na imię? – Mama Burczak znów odwróciła się do Lilki. 

– Lilka – odparła Lilka. 

– Wcale nie – oznajmiła Mama Burczak. – Jesteś Jasia. 

Lilka miała się wkrótce przekonać, że Mama Burczak postępowała tak z każdym dzieckiem, które pojawiło się w jej domu. Dziewczynki dostawały na imię Jasia, a chłopcy Jasiek. Reakcja dziecka precyzyjnie informowała Mamę Burczak, ile trudu będzie ją kosztowało złamanie nowego podopiecznego. 

Oczywiście najmłodsi po prostu godzili się na imię Jasiek lub Jasia i szybko zapominali poprzednie. Bezdomne i zagubione dzieci, które rozumiały, że bycie Jaśkiem lub Jasią to cena za dach nad głową, również szybko przystawały na zmianę. 

Co pewien czas jednak do Mamy Burczak trafiało dziecko, które nie chciało zaakceptować nowego imienia bez walki, i zanim jeszcze Lilka otworzyła usta, Mama Burczak wiedziała, że to właśnie taki przypadek. Lilka miała nieprzyjemną, dumną minę i choć była chuda, wydawała się silna, stojąc tak w kombinezonie, z zaciśniętymi pięściami. 

– Nazywam się Lilka Lelek – oznajmiła. – Mam tak na imię, bo mama lubiła kwiaty. 

– Twoja matka nie żyje – oznajmiła Mama Burczak. 

Zawsze mówiła swoim podopiecznym, że ich rodzice umarli. Dzięki temu małe potwory myślały, że nie mają dokąd uciec, a tak było jej zdaniem najlepiej. 

– To prawda – przytaknęła Lilka. Jej serce biło teraz bardzo szybko. – Moja mama rzeczywiście nie żyje. 

– Twój ojciec też nie – dodała Mama Burczak. 

Lilka miała wrażenie, że ta wstrętna starucha kołysze się przed jej oczami. Nie zjadła szkolnego lunchu poprzedniego dnia i spędziła okropną noc na wozie Szturcha. Mimo to powiedziała chłodno i dobitnie: 

– Mój ojciec żyje. Nazywam się Lilka Lelek, a mój ojciec mieszka w Ekleronie. 

Musiała w to wierzyć. Nie mogła pozwolić sobie na wątpliwości, bo gdyby jej ojciec umarł, świat pogrążyłby się w wiecznych ciemnościach. 

– Nieprawda. – Mama Burczak uniosła laskę. – Twój ojciec to zimny trup, a ty masz na imię Jasia. 

– Mam na imię… – zaczęła Lilka, ale laska nagle ze świstem zbliżyła się do jej głowy.  

Lilka uchyliła się tak samo jak starszy chłopak, jednak Mama Burczak zamachnęła się ponownie i tym razem trafiła ją w ucho. Lilka poczuła ból i zatoczyła się na bok. 

– Spróbujemy jeszcze raz – oznajmiła Mama Burczak. – Powtarzaj za mną. Mój ojciec nie żyje i mam na imię Jasia. 

– Ani myślę! – krzyknęła Lilka. 

Zanim zdążyła ponownie oberwać laską, zanurkowała pod ramieniem Mamy Burczak i wbiegła do domu, licząc na to, że tylne drzwi nie będą zamknięte. W kuchni natknęła się na dwoje bladych dzieci o przerażonych twarzach, chłopca i dziewczynkę, którzy chochlą nakładali do misek brudnozieloną ciecz. Niestety, w kuchennych drzwiach było tyle samo łańcuchów i zasuw, ile w wejściowych. Lilka odwróciła się więc i znów pobiegła do sieni, wyminęła Mamę Burczak z laską, po czym popędziła na górę, gdzie inne chude, blade dzieci sprzątały i przykrywały łóżka wytartymi kapami. Mama Burczak już wspinała się po schodach. 

– Mów – zaskrzeczała. – Mów: Mój ojciec nie żyje i mam na imię Jasia. 

– Mój ojciec żyje i mam na imię Lilka! – wrzasnęła Lilka. 

W tym momencie zauważyła w suficie właz, który zapewne prowadził na strych. Wyrwała pierzastą zmiotkę z ręki przestraszonej dziewczynki i pchnęła klapę, a wtedy z góry opadła sznurowa drabinka. Lilka wdrapała się na nią, po czym wciągnęła ją za sobą i zatrzasnęła klapę, chcąc utrudnić pościg uzbrojonej w laskę Mamie Burczak. Starucha głośno zarechotała z dołu, a następnie kazała rosłemu chłopakowi pilnować włazu, żeby Lilka nie mogła zejść. 

Lilka przekonała się później, że dzieci nadawały sobie dodatkowe imiona, aby wiedzieć, o którym Jaśku lub Jasi mówią. Dużego chłopaka pilnującego wejścia na strych Lilka widziała wcześniej w sieni. Pozostałe dzieci nazywały go Jasiek Tłuk, bo bił i straszył mniejszych od siebie. Jasiek Tłuk był kimś w rodzaju zastępcy Mamy Burczak i teraz krzyczał do Lilki, że były już dzieci, które poumierały z głodu na strychu, i że jeśli się rozejrzy, natrafi na ich szkielety. 

Sufit na strychu był tak niski, że Lilka musiała kucać. Było tam również bardzo brudno, ale przez małą dziurkę w dachu wpadał promyk słońca. Lilka przecisnęła się do otworu i przyłożyła do niego oko. Teraz widziała zarys Karafy na tle nieba. W Ekleronie budynki były białe niczym cukier, tutejsze domy jednak wzniesiono z ciemnoszarego kamienia. Dwaj mężczyźni zataczali się na ulicy, wywrzaskując popularną pijacką przyśpiewkę: 

Wypilim jedną flaszkę, ikabogiem straszą nas,
Wypilim drugą flaszkę, ryki stwora niesie las,
A gdy wypilim trzecią, widzim, że już zbliża się.
Ikabog tu nadchodzi, pijmy dalej, nim nas zje! 

Lilka wyglądała tak przez godzinę, aż pojawiła się Mama Burczak i zastukała laską w klapę na suficie. 

– Jak się nazywasz? 

– Lilka Lelek! – krzyknęła Lilka. 

Pytanie padało co godzinę, ale odpowiedź się nie zmieniała. 

Czas jednak mijał i Lilce z głodu zakręciło się w głowie. Coraz słabiej krzyczała „Lilka Lelek!” do Mamy Burczak, aż w końcu zobaczyła przez otwór w dachu, że zapada zmrok. Bardzo chciało się jej pić i musiała przyjąć do wiadomości, że jeśli nie pogodzi się z nowym imieniem, faktycznie zostanie szkieletem na strychu, a Jasiek Tłuk będzie mógł nią straszyć dzieci. 

Dlatego też, gdy następnym razem Mama Burczak załomotała laską w klapę, na pytanie o imię Lilka odpowiedziała: 

– Jasia. 

– Czy twój ojciec żyje? – ciągnęła Mama Burczak. 

Lilka skrzyżowała palce. 

– Nie – odparła. 

– Bardzo dobrze. – Mama Burczak otworzyła właz, a sznurowa drabinka opadła. – Zejdź, Jasiu. 

Kiedy Lilka stanęła obok niej, starucha trzepnęła ją w ucho. 

– Masz za to, że jesteś wstrętnym, kłamliwym, brudnym bachorem. A teraz idź wypić zupę, umyj miskę i kładź się spać. 

Lilka błyskawicznie pochłonęła miseczkę kapuśniaku, najobrzydliwszej potrawy, jaką kiedykolwiek jadła, po czym wypłukała naczynie w tłustawej beczce, w której Mama Burczak kazała dzieciom myć gary, i poszła na górę. W sypialni dziewczynek leżał dodatkowy materac, więc się na nim położyła, ignorując spojrzenia innych dziewcząt, i całkiem ubrana, narzuciła na siebie cienki koc, bo było bardzo zimno. 

Nagle ujrzała przed sobą łagodne błękitne oczy dziewczynki o wymizerowanej twarzy, która wyglądała na jej rówieśnicę. 

– Wytrzymałaś znacznie dłużej niż większość – wyszeptała nieznajoma. 

Lilka nigdy dotąd nie słyszała takiego akcentu. Później miała się dowiedzieć, że tak mówią na Błotach. 

– Jak masz na imię? – odszepnęła. – Ale tak naprawdę? 

Dziewczynka wpatrywała się w nią oczami koloru niezapominajek. 

– Nie wolno nam tego mówić. 

– Obiecuję, że nie powtórzę – zapewniła ją Lilka. 

Dziewczynka nie spuszczała z niej wzroku. Lilka doszła do wniosku, że pewnie nie doczeka się odpowiedzi, lecz mała w końcu szepnęła: 

– Marta. 

– Miło mi cię poznać, Marto – powiedziała cicho Lilka. – Jestem Lilka Lelek, a mój ojciec żyje.

Tłumaczenie Małgorzata Hesko-Kołodzińska i Piotr Budkiewicz