Rozdział 55

Fujpluj obraża króla

Po katastrofie z dyliżansem pocztowym lord Fujpluj podjął stosowne kroki, żeby nic podobnego nie wydarzyło się w przyszłości. Bez wiedzy króla wydano nowe obwieszczenie, które pozwalało nadwornemu doradcy otwierać listy w celu ustalenia, czy nie noszą znamion zdrady. W obwieszczeniu wyliczono wszystko to, co w Coniemiarze uważano za zdradę. Nadal było nią powątpiewanie w istnienie ikaboga i w to, czy Alfred jest dobrym królem, a także jakakolwiek krytyka lordów Fujpluja i Oklapa, mówienie, że podatek ikabogowy jest zbyt wysoki, i – po raz pierwszy – twierdzenie, że Coniemiara nie jest miejscem tak szczęśliwym i dobrze zaopatrzonym w żywność jak niegdyś. 

Teraz gdy wszyscy bardzo się bali pisać prawdę w listach, korespondencja niemal całkowicie ustała, podobnie jak podróże do stolicy. Tego właśnie pragnął Fujpluj. Wdrożył drugi etap swojego planu i zaczął zasypywać króla górą listów od wielbicieli. Naturalnie, nie mogły być napisane tym samym charakterem pisma, więc Fujpluj zamknął kilku żołnierzy w pokoju razem ze stertą papieru i mnóstwem piór, po czym wyjaśnił im, co mają pisać. 

– Przede wszystkim musicie wychwalać króla – oświadczył, paradując przed nimi w szatach nadwornego doradcy. – Piszcie, że jest najlepszym władcą,  jakiego kiedykolwiek miał ten kraj. Mnie też chwalcie. Powtarzajcie, że nie wiecie, co by się stało z Coniemiarą, gdyby nie lord Fujpluj. I że ikabog pozabijałby o wiele więcej ludzi, gdyby nie Brygada Obrony przed Ikabogiem. I że Coniemiara jeszcze nigdy nie była taka bogata. 

I tak oto do Freda zaczęły napływać listy, z których się dowiedział, że on jest cudowny, a kraj szczęśliwy, i że wojna z ikabogiem przebiega wręcz wzorowo. 

– Wygląda na to, że wszystko znakomicie się układa! – promieniał król Alfred, wymachując listem podczas lunchu z dwoma lordami. 

Odkąd pojawiły się fałszywki, był o wiele weselszy. Podczas surowej zimy ziemia zamarzła, więc polowania stały się niebezpieczne, ale Fred, w przepięknym nowym stroju o ciemnopomarańczowej barwie, ozdobionym niebieskimi guzikami, czuł się dziś wyjątkowo przystojny, co dodatkowo poprawiało mu humor. Cudownie było obserwować płatki śniegu za oknem, kiedy na kominku trzaskał ogień, a stół jak zawsze uginał się pod ciężarem najdroższych potraw. 

– Fujpluju, nie miałem pojęcia, że zginęło aż tyle ikabogów! Szczerze mówiąc, jeśli się nad tym zastanowić, nie wiedziałem nawet, że jest ich więcej niż jeden! 

– Ależ… oczywiście, najjaśniejszy panie. – Fujpluj spojrzał z wściekłością na Oklapa, który akurat opychał się wyjątkowo pysznym serkiem. Fujpluj miał mnóstwo na głowie, więc obarczył drugiego lorda obowiązkiem sprawdzania wszystkich sfałszowanych listów, nim dotrą do króla. – Nie chcieliśmy niepokoić waszej wysokości, ale już jakiś czas temu uświadomiliśmy sobie, że potwór… Ehem… – dyskretnie odkaszlnął – …się rozmnożył. 

– Rozumiem – odparł Fred. – No to byczo, że tak szybko je wykańczacie. Powinniśmy wypchać takiego ikaboga i pokazywać ludziom! 

– Yyy… tak, wasza wysokość, to wspaniały pomysł. – Fujpluj zazgrzytał zębami. 

– Jednego tylko nie rozumiem. – Fred zmarszczył brwi nad listem. – Czy profesor Szwindelgruber nie mówił, że za każdym razem, gdy jeden ikabog ginie, powstają dwa następne? Czy zabijając potwory, nie podwajacie ich liczby? 

– Eee… nie, wasza wysokość, właściwie to nie. – Przebiegły umysł Fujpluja pracował na najwyższych obrotach. – Udało nam się znaleźć sposób na powstrzymanie tego procesu. Wystarczy…. Wystarczy… 

– Najpierw walnąć ikaboga w łeb – podsunął Oklap. 

– Najpierw walnąć ikaboga w łeb – powtórzył Fujpluj i pokiwał głową. – Otóż to. Jeśli podejdzie się na tyle blisko, żeby ogłuszyć go przed zabiciem, wówczas udaje się powstrzymać proces podwajania, najjaśniejszy panie. 

– Fujpluju, dlaczego nie powiedziałeś mi o tym niesamowitym odkryciu? – zakrzyknął Fred. – To wszystko zmienia. Wkrótce może uda się nam na zawsze pozbyć ikabogów z Coniemiary! 

– Tak, najjaśniejszy panie, to dobra wiadomość, prawda? – potwierdził Fujpluj, żałując, że nie może zetrzeć uśmiechu z twarzy Oklapa. – Niemniej zostało jeszcze całkiem sporo ikabogów… 

– Tak czy inaczej, wreszcie zmierzamy do szczęśliwego finału! – Rozradowany Fred odłożył list i wziął do rąk sztućce. – Biedny major Raluch. Zginął z łapy ikaboga, zanim udało się nam zyskać przewagę nad potworami. 

– Tak, najjaśniejszy panie, to bardzo smutne – zgodził się Fujpluj, który rzecz jasna wyjaśnił nagłe zniknięcie Ralucha, mówiąc królowi, że major oddał życie na bagnach, gdy próbował uniemożliwić ikabogowi przedarcie się na północ. 

– No tak, teraz coś, nad czym się zastanawiałem, nabiera sensu – ciągnął Fred. – Słyszeliście, jak służba nieustannie wyśpiewuje hymn państwowy? To bardzo krzepiące i w ogóle, ale trochę monotonne. Rozumiem, że świętują nasze zwycięstwo nad ikabogami, prawda? 

– Na pewno, najjaśniejszy panie – odparł Fujpluj. 

Tak naprawdę śpiewali więźniowie w lochach, nie służący, ale Fred nie miał pojęcia, że pod pałacem uwięziono pół setki ludzi. 

– Powinniśmy wyprawić bal na cześć zwycięstwa! – powiedział Fred. – Od dawna nie mieliśmy tu balu. Już nie pamiętam, kiedy ostatnio tańczyłem z lady Eslandą. 

– Zakonnice nie tańczą – burknął Fujpluj z rozdrażnieniem i gwałtownie wstał. – Oklapie, pozwól na słówko. 

Obaj lordowie byli w połowie drogi do drzwi, kiedy rozległ się głos króla. 

– Czekajcie. 

Odwrócili się do Freda, który nieoczekiwanie zrobił niezadowoloną minę. 

– Żaden z was nie spytał mnie, czy może wstać od królewskiego stołu – wycedził. 

Lordowie popatrzyli po sobie. Fujpluj się ukłonił, a Oklap natychmiast poszedł w jego ślady. 

– Najjaśniejszy panie, błagam o wybaczenie – powiedział Fujpluj. – To dlatego, że pragnęliśmy jak najszybciej zastosować się do znakomitej sugestii waszej wysokości. Chcemy wypchać martwego ikaboga, więc musimy działać szybko, żeby nie zgnił. 

– Mimo to… –  Fred obracał w palcach złoty medal, który nosił na szyi, z grawerunkiem króla walczącego z potworem o wyglądzie smoka. – Nadal jestem królem, Fujpluju. Twoim królem. 

– Oczywiście, wasza wysokość. – Fujpluj znów nisko się skłonił. – Żyję wyłącznie po to, by służyć najjaśniejszemu panu. 

– Hm – mruknął Fred. – Postaraj się o tym nie zapominać. I pośpiesz się z wypchaniem tego ikaboga, pragnę pokazać go ludziom. A potem pomówimy o balu zwycięstwa. 

Tłumaczenie Małgorzata Hesko-Kołodzińska i Piotr Budkiewicz