Rozdział 59

Powrót do Karafy

Zapadał zmierzch, kiedy na horyzoncie pojawiły się szare kontury budynków Karafy. Drużyna ikaboga zarządziła krótki postój na wzgórzu górującym nad miastem, gdzie Marta podała ikabogowi wielki bukiet przebiśniegów. Wszyscy sprawdzili, czy nie trzymają tablic do góry nogami, po czym wymienili uściski dłoni, bo przysięgli sobie oraz ikabogowi, że będą go chronić i nie uciekną, nawet jeśli ludzie zagrożą im bronią. 

I tak oto ikabog pomaszerował w dół wzgórza, kierując się do stolicy wina. Strażnicy pełniący wartę przy miejskich bramach wkrótce go dostrzegli. Ustawili się do strzału, jednak Lilka stanęła na ramieniu ikaboga i zamachała rękami, a Prot i Roderyk unieśli tablice. Z bronią w drżących dłoniach, przerażeni wartownicy patrzyli, jak stwór podchodzi coraz bliżej. 

– Ikabog nigdy nikogo nie zabił! – krzyknęła Lilka. 

– Okłamano was! – wrzasnął Prot. 

Wartownicy nie wiedzieli, co robić, bo nie chcieli zastrzelić czwórki młodych ludzi. Ikabog zbliżał się krok po kroku, wielki, dziwny i straszliwy. Spojrzenie jego olbrzymich ślepi było jednak życzliwe, a w łapie ściskał przebiśniegi. W końcu dotarł do wartowników, zatrzymał się, pochylił i podał każdemu z nich po kwiatku. 

Wzięli przebiśniegi, gdyż bali się odmówić. Ikabog delikatnie poklepał każdego z wartowników po głowie, tak jak wcześniej owcę, i wkroczył do Karafy. 

Wszędzie wokoło słychać było krzyki. Ludzie uciekali albo biegli po broń, jednak Prot i Roderyk spokojnie szli z uniesionymi tablicami przed ikabogiem, który usiłował wręczać kwiatki przechodniom. W końcu pewna dzielna młoda kobieta przyjęła przebiśnieg, a wtedy zachwycony ikabog podziękował jej grzmiącym głosem, na co jeszcze więcej ludzi zaczęło wrzeszczeć. Inni jednak podeszli nieco bliżej i wkrótce grupka ludzi tłoczyła się wokół stwora, ze śmiechem przyjmując kwiaty z jego łapy. Ikabog też zaczął się uśmiechać, zdumiony tym, że ludzie mu dziękują lub wiwatują na jego widok. 

– Mówiłam, że będą zachwyceni, kiedy cię poznają! – wyszeptała mu do ucha Lilka. 

– Chodźcie z nami! – krzyknął Prot do tłumu. – Idziemy na południe, na spotkanie z królem! 

I tak karafianie, którzy bardzo cierpieli pod rządami Fujpluja, pobiegli do domów zabrać pochodnie, widły i strzelby – nie po to, by skrzywdzić ikaboga, lecz go chronić. Wściekli za kłamstwa, którymi ich karmiono, zgromadzili się wokół potwora, po czym wszyscy pomaszerowali w zapadający mrok, tylko raz schodząc z obranej drogi. 

Lilka uparła się, żeby skręcić do sierocińca. Co oczywiste, drzwi były starannie zamknięte i zaryglowane, jednak kopniak ikaboga szybko temu zaradził. Potwór ostrożnie zsadził Lilkę z ramion, a ona wbiegła do budynku po dzieci. Maluchy wdrapały się na wóz, a bliźniaki Hopków padły rodzicom w ramiona. Starsze dzieci dołączyły do tłumu, podczas gdy Mama Burczak szalała, wrzaskami usiłując ściągnąć uciekinierów z powrotem do budynku. Nagle zobaczyła olbrzymią włochatą twarz ikaboga, wpatrzoną w nią zza szyby, a wtedy, o czym donoszę wam z prawdziwą przyjemnością, natychmiast padła zemdlona. 

Zachwycony ikabog ruszył dalej główną ulicą Karafy. Po drodze dołączało do niego coraz więcej ludzi. Nikt nie zauważył Jaśka Tłuka, wpatrującego się zza rogu w przechodzący tłum. Jasiek Tłuk, który wcześniej popijał w pobliskiej gospodzie, nie zapomniał, jak Roderyk Raluch rozkwasił mu nos tamtej nocy, gdy chłopcy ukradli klucze. Od razu zrozumiał, że jeśli ci wichrzyciele i ich przerośnięty bagienny potwór dotrą do stolicy, wszyscy, którzy zbili fortunę na legendzie o niebezpiecznym ikabogu, znajdą się w poważnych tarapatach. Dlatego też, zamiast wrócić do przytułku, Jasiek Tłuk ukradł sprzed gospody konia innemu pijakowi. 

Ikabog poruszał się powoli, za to Jasiek Tłuk od razu pogalopował na południe, aby ostrzec lorda Fujpluja przed grożącym Ekleronie niebezpieczeństwem. 

Tłumaczenie Małgorzata Hesko-Kołodzińska i Piotr Budkiewicz