Rozdział 63

Ostatni plan lorda Fujpluja

Gdy Lilka na czele tłumu weszła na pałacowy dziedziniec, zdumiało ją, jak niewiele się tam zmieniło. Fontanny nadal działały, pawie przechadzały się dumnie, i tylko okno na drugim piętrze wyglądało inaczej, bo miało wybitą szybę. 

Wielkie złocone drzwi otworzyły się gwałtownie i oczom zebranych ukazało się dwoje obdartusów, którzy wyszli na powitanie nowo przybyłych: siwowłosy mężczyzna z siekierą i kobieta z olbrzymim rondlem. 

Wpatrzona w mężczyznę Lilka poczuła, że uginają się pod nią kolana, ale poczciwy ikaboguś złapał ją i podtrzymał. Pan Lelek ruszył przed siebie chwiejnym krokiem i chyba nawet nie zauważył, że obok jego dawno niewidzianego dziecka stoi najprawdziwszy ikabog. Gdy córka i tata ściskali się, pochlipując, Lilka popatrzyła nad ramieniem ojca i dostrzegła panią Podpromyk. 

– Prot żyje! – zawołała do szefowej cukierni, która rozglądała się gorączkowo w poszukiwaniu syna. – Miał coś do załatwienia, ale wkrótce się zjawi! 

Z pałacu wysypywali się kolejni więźniowie i słychać było krzyki radości, gdy bliscy odnajdywali ukochanych krewnych, a liczne dzieci z sierocińca padały w ramiona rodziców, których uważały za zmarłych. 

Zdarzyło się też wiele innych rzeczy, choćby to, że trzydziestu silnych mężczyzn otoczyło dzikiego ikabogusia i go odciągnęło, żeby już nikogo nie zabił. Poza tym Lilka zapytała pana Lelka, czy Marta może z nimi zamieszkać, a kapitan Nazgoda pojawił się na balkonie z rozszlochanym królem Alfredem, nadal ubranym w piżamę. Tłum zaczął wiwatować, kiedy kapitan obwieścił, że nadszedł czas, aby spróbować żyć bez króla. 

Na razie jednak musimy opuścić tę pełną radości scenę i wyśledzić człowieka, który był najbardziej winny wszystkich okropieństw w Coniemiarze. 

Wiele kilometrów dalej lord Fujpluj galopował po opuszczonej wiejskiej drodze, kiedy jego koń nagle okulał. Fujpluj usiłował zmusić go do dalszej jazdy, jednak biedne zwierzę miało już dosyć jego okrucieństwa, więc stanęło dęba i zrzuciło jeźdźca na ziemię. Nadworny doradca próbował wybatożyć wierzchowca pejczem, ale ten go kopnął, a następnie potruchtał do lasu, gdzie, o czym donoszę z przyjemnością, zwierzę znalazł i przywrócił do zdrowia pewien dobrotliwy rolnik. 

Fujpluj musiał więc ruszyć piechotą wiejskimi dróżkami w kierunku swojej posiadłości. Biegnąc, unosił szaty nadwornego doradcy, aby się nie potknąć, i co kilka metrów zerkał za siebie z obawy, że ktoś go śledzi. Doskonale wiedział, że nie ma już czego szukać w Coniemiarze, ale miał górę złota ukrytą w piwnicy na wino. Zamierzał załadować na swój powóz tyle dukatów, ile zdoła, i uciec przez granicę do Plurytanii. 

Dopiero po zmroku dotarł do posiadłości, powłócząc otartymi do krwi nogami. Pokuśtykał do wejścia, a następnie wrzasnął na kamerdynera Szumowinę, który dawno, dawno temu udawał profesora Szwindelgrubera oraz matkę Niktosia Pętelki. 

– Jestem na dole, wasza lordowska mość! – rozległ się głos z piwnicy. – Dlaczego nie pozapalałeś lamp, Szumowino? – krzyknął Fujpluj, idąc po ciemku schodami. 

– Żeby dom wyglądał na opuszczony, wasza lordowska mość! – zawołał Szumowina. 

– No tak – wymamrotał Fujpluj i skrzywił się z bólu. – A więc słyszałeś, tak? 

– Tak, wasza lordowska mość. – Głos odbił się echem od ścian piwnicy. – Doszedłem do wniosku, że wasza lordowska mość zechce czmychnąć. 

– Zgadza się, Szumowino. – Lord Fujpluj pokuśtykał do świecy zapalonej w oddali. – Zdecydowanie tak. 

Otworzył drzwi do pomieszczenia, od lat służącego mu za skarbiec. Kamerdyner, ledwie widoczny w blasku płomyka, znów miał na sobie strój profesora Szwindelgrubera: białą perukę i grube okulary, w których jego oczy wyglądały jak główki szpilek. 

– Uznałem, że najlepiej będzie podróżować w przebraniu – oświadczył Szumowina, po czym wyciągnął czarną suknię i marchewkową perukę wdowy Pętelki. 

– Dobry pomysł – zgodził się Fujpluj, a następnie w pośpiechu ściągnął szaty i włożył suknię. – Przeziębiłeś się, Szumowino? Masz dziwny głos. 

– To przez ten kurz w piwnicy – odparł kamerdyner i odsunął się od świecy. – Co wasza lordowska mość chce zrobić z lady Eslandą? Nadal siedzi zamknięta w bibliotece. 

– Niech tam zostanie – oznajmił Fujpluj po chwili zastanowienia. – Zasłużyła na taki los, skoro nie chciała za mnie wyjść, kiedy jej to proponowałem. 

– Doskonale, wasza lordowska mość. Zaprzągłem dwa konie do powozu i załadowałem do niego większość złota. Czy wasza lordowska mość pomoże mi nieść ostatni kufer? 

– Chyba nie zamierzałeś wyjechać beze mnie, Szumowino? – odezwał się Fujpluj podejrzliwie. 

Być może gdyby zjawił się dziesięć minut później, zastałby pusty dom. 

– Och nie, wasza lordowska mość – zaprzeczył Szumowina. – Nawet nie przeszło mi to przez myśl. – Stangret Kłąb będzie powoził. Już czeka za domem. 

– Doskonale – odparł Fujpluj i razem wynieśli z piwnicy kufer ze złotem. 

Dźwigali go przez opustoszały dom i wyszli na podwórze z tyłu budynku, gdzie w ciemności czekał powóz Fujpluja. Nawet konie były objuczone workami ze złotem, które znajdowało się również w skrzyniach na dachu pojazdu. 

Gdy kładli na nie ostatni kufer, Fujpluj nagle się zaniepokoił. 

– Co to za dziwny hałas? – spytał. 

– Nic nie słyszę, wasza lordowska mość – oznajmił Szumowina. 

– Takie dziwaczne pochrząkiwanie – zauważył Fujpluj. 

Nagle przypomniało mu się, jak przed laty utknął w śnieżnobiałej mgle na trzęsawisku, wsłuchując się w skowyt uwięzionego w ciernistych krzakach psa. To był podobny dźwięk, brzmiało to, jakby jakieś stworzenie nie mogło się oswobodzić. Lord Fujpluj zdenerwował się tak jak wtedy, kiedy Oklap wypalił z garłacza i tym samym skierował ich obu na ścieżkę prowadzącą do bogactwa, a kraj do ruiny. 

– Szumowino, nie podoba mi się ten hałas – oznajmił Fujpluj. 

– Nic w tym dziwnego, wasza lordowska mość. 

W tym momencie księżyc wyszedł zza chmury. Fujpluj odwrócił się do kamerdynera, którego głos brzmiał teraz zupełnie inaczej, i ujrzał przed sobą lufę jednego ze swoich pistoletów. Szumowina ściągnął perukę i okulary profesora Szwindelgrubera, a wtedy oczom Fujpluja ukazał się nie kamerdyner, lecz Prot Podpromyk. Przez krótką chwilę Prot wyglądał w blasku księżyca identycznie jak jego ojciec, więc Fujplujowi przyszła do głowy szalona myśl, że to major Podpromyk powstał z martwych, aby go ukarać. 

Fujpluj rozejrzał się gorączkowo wokół siebie i zobaczył, że na dnie powozu leży prawdziwy Szumowina, zakneblowany i związany. To on wydawał z siebie dziwne dźwięki. Obok siedziała uśmiechnięta lady Eslanda z pistoletem. Fujpluj otworzył usta, aby zapytać Kłąba, dlaczego nic nie robi, i wtedy uświadomił sobie, że wcale nie ma do czynienia z Kłąbem, tylko z Roderykiem Raluchem. (Kiedy stangret zauważył dwóch chłopców galopujących po podjeździe, miał dość rozumu, żeby wyczuć niebezpieczeństwo, więc ukradł ulubione konie lorda Fujpluja i odjechał w siną dal). 

– Jak dostaliście się tu tak szybko? – spytał Fujpluj, bo nic innego nie przyszło mu do głowy. 

– Pożyczyliśmy konie od rolnika – odparł Prot. 

Prot i Roderyk byli o wiele lepszymi jeźdźcami niż Fujpluj, więc ich konie nie okulały. Zdołali go wyprzedzić i pojawili się w jego posiadłości z takim wyprzedzeniem, że mieli mnóstwo czasu na to, by oswobodzić lady Eslandę, odnaleźć ukryte złoto, związać Szumowinę i zmusić go, by opowiedział o oszustwach Fujpluja, w tym o przebraniu kamerdynera za profesora Szwindelgrubera i wdowę Pętelkę. 

– Chłopcy, nie tak szybko – wymamrotał słabym głosem Fujpluj. – Tu jest mnóstwo złota. Podzielę się z wami! 

– Nie możesz, bo to nie twoje złoto – odparł Prot. – Wracasz do Eklerony i będziesz miał porządny proces.

Tłumaczenie Małgorzata Hesko-Kołodzińska i Piotr Budkiewicz